Olka
Kaźmierczak
29/01/20

Chodźmy na miasto: Nowy Jork od rosołu w Brodo po spektakl na Broadway'u, czyli subiektywny przewodnik po najbardziej kulerskim miejscu na ziemi

Odkąd wróciliśmy z roadtripa po wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, nic nie jest takie samo. To był lipiec 2017. W pełnym ukropie jechaliśmy z Miami do Orlando, stamtąd do Kennedy Space Center, Waszyngtonu i Nowego Jorku. Z powodu temperatury i ogólnego osłupienia szczęki opadały nam średnio co dwie godziny. Zdumiewała wielkość – ulic, samochodów, budynków. Poziom – muzeów, parków, rozrywki.

W okolicach Biblioteki Kongresu i po wizycie w kompleksie waszyngtońskich muzeów przyznaliśmy, że już sił brakuje na ten ciągły zachwyt, atrakcjom dziękujemy, nara, arrivederci, nigdzie nie idę, bolą mnie nogi. Jak dwa zbite psy, niewdzięczne dzieci polskiego kapitalizmu wsiedliśmy do samolotu relacji Waszyngton–Nowy Jork z zamiarem przespania kolejnych 11 dni zaplanowanych na Wielkie Jabłko.

Szczęście w nieszczęściu, zreflektowaliśmy się, jak tylko zobaczyliśmy Empire State Bulding i niewiele myśląc, puściliśmy w wir zwiedzania nasze młode, wtedy jeszcze przed 30-tką, ciała. Dlatego też moje wspomnienie pierwszej wizyty w Nowym Jorku przypomina pudełko sklejonych ze sobą krówek. W zapijanym winem i zagryzanym bajglami z serem ukropie wszystko się zlało w kosmiczną jedność i gdyby nie mój własny Instagram, miałabym trudność z przywołaniem poszczególnych nowojorskich atrakcji.

W zupełnie inny sposób doświadczyłam Nowego Jorku kilka dni temu, gdy mój mąż, zagorzały fan amerykańskiej koszykówki stwierdził, że chce zrealizować swoje marzenie i zobaczyć na żywo, jak LeBron James spuszcza wszystkim wpierdziel. Niewiele myśląc, podłączyłam się do wycieczki i w turystycznym tandemie zrobiliśmy do Nowego Jorku podejście numer dwa, tym razem planując wycieczkę, jak na pracujące małżeństwo przystało, czyli hotel zamiast Airbnb, obowiązkowe śniadanie na ciepło wersus pączki z Donkin Donuts i minimum 8 godzin snu kontra scrollowanie Instagrama na jetlagu do wypadnięcia oczu.

Ponoć wyspany człowiek to i w Łodzi zobaczy cud, ale kurde, myślę, że nasz Nowy Jork był magiczny.

Po pierwsze, w żadnym innym miejscu na świecie nie widzieliśmy tak dobrego poziomu tak różnych od siebie rozrywek. Weźmy sztukę. Dwa lata temu przed wyjazdem do NYC teściowa ostrzegała mnie, że gdy zobaczę MoMA lub MET stracę szacunek do lokalnych instytucji kulturalnych i chodziło jej nie tylko o poziom prezentowanej w Nowym Jorku sztuki (a wiadomo, że mają tu wszystko, od Picassa po popiersie Kleopatry), ale też o przemyślany i zaprojektowany sposób prezentowania dzieł, od momentu powieszenia na ścianie, do umieszczenia w folderze oprowadzającym po wystawie.

Krótko mówiąc, amerykańskie muzea umieją w branding, dzięki czemu uwagi zwiedzającego nie odciągają obrzydliwe banery sponsorskie (przykład z Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie na jednym z pięter, przed wejściem do galerii stoi obrzydliwa ścianka PZU), a oprawa graficzna materiałów promujących wystawy jest spójna i miła dla oka.

Jak do dobrej sztuki i dobrego brandingu dołączymy jeszcze działającą na wyobraźnię architekturę, to robi nam się tercet doskonały. Na przykład w Guggenheimie wrażenie na zwiedzającym robi już sam budynek. Ciągnącą się na siedem pięter spirala zapewnia nieprzerwane obcowanie ze sztuką, oglądaną jak we wnętrzu muszelki. W stałej kolekcji muzeum, w małych pokojach dołączonych do rotundy oglądamy Picassa, Cezanne’a czy Maneta oraz największą selekcję obrazów Kandinskiego pokazywaną na stałe w Ameryce.

W Nowym Jorku warto zobaczyć zarówno te najpopularniejsze muzea, czyli MoMA, MET czy Guggenheim dysponujące obrazami, które oglądaliśmy w licealnych podręcznikach, jak i niezależne galerie sztuki rozsypane po Chelsea. My z Pawłem dzięki jednej z nich, galerii Davida Zwirnera odkryliśmy Noaha Davisa, amerykańskiego malarza, który przed swoją śmiercią w wieku 32 lat dał się poznać jako utalentowany malarz, członek społeczności artystów Los Angeles i założyciel jednej z najbardziej niekonwencjonalnych instytucji sztuki w LA.

Oprócz Zwirnera i Guggenheima polecam Wam też świeżo otwartą Fotografiskę, muzeum fotografii, które przywędrowało do Nowego Jorku ze Sztokholmu i prezentuje na start m.in. prace Ellen von Unwerth czy International Center of Photography, akurat zamknięte podczas naszego pobytu, ale odhaczone z przyjemnością pamiętnego lipca 2017.

Jeśli postanowicie odwiedzić Zwirnera, przejdźcie się do galerii parkiem The High Line zbudowanym na starych torach kolejowych, a gdy już obejrzycie sztukę, zjedzcie wegetariańskiego tacosa w LOS TACOS No. 1, jednej z pysznych knajpek Chelsea Market.

Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, przyznaję się bez bicia, że na magię Nowego Jorku złożyła się tym razem nie tylko sztuka i pogoda (pełne słońce i lekki mrozek przez pięć dni), ale też bajgiel i rosół. Odkąd wystrzegam się gluta i myślę o swych jelitach czulej niż o własnym mężu, marzę na przemian o dwóch rzeczach: wywarze z kości i dobrze wypieczonej bułce. Pierwszy znalazłam w genialnym Brodo, sieci mini-knajpek z rosołem „z kija”, do wyboru z oliwą bazyliową, ćwiartką cytryny czy palonym czosnkiem. Nie żartuję, że szukam wspólnika do podobnego biznesu w Polsce. Ja daję pomysł na markę, a szef kuchni dba o smak. Wiecie, gdzie mnie szukać.

Opici rosołem dotoczyliśmy się do Moden Bread&Bagel, mekki bezglutowców, którzy mogą się tu bezkarnie nawpiepszać niepszennych bajgli z awokado, łososiem, czy w jakiej tylko konfiguracji zechcą. Bajgle są chrupkie, treściwe i nie czuć różnicy między nimi, a tradycyjnym pieczywem, dlatego wracaliśmy do Modern B&B dwukrotnie, a za drugim razem sekundę po wszamaniu piętrowej buły dokupiliśmy z pazerności ciastko dyniowe z wegańskim kremem i suchego bajgla z makiem na drogę.

W trakcie naszej wycieczki stołowaliśmy się też w Hu Kitchen i Le Botaniste (obie opcje zdrowe), a małżonek dla równowagi raz na jakiś czas oblizywał palce po legendarnej pizzy z Prince Street (polecamy z ręką na sercu) oraz hot dogu od słynnego Nathana, dzięki któremu co roku, w Dzień Niepodległości 4 lipca na Coney Island odbywają się słynne zawody w żarciu dogów na czas. O ich fenomenie dowiedziałam od Karoliny Sulej, autorki książki „Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island”, która z wdziękiem opisała fenomen nowojorskiej wyspy zaanektowanej przez cyrkowców, połykaczy ognia i zaklinaczy wężów, na której raz w roku mistrzowie jedzenia na czas ścigają się na oczach 200 tysięcznej publiczności.

Absurdalny konkurs, który w 2019 roku zgromadził przed telewizorem prawie 1,5 miliona ludzi to jeden z wielu dowodów na to, że Amerykanie umieją się bawić. Skalę i rozmach organizowanych przez nich wydarzeń miałam szansę sprawdzić na własnej skórze podczas meczu NBA i spektaklu „Ain’t too proud” na Broadway’u.

Zacznijmy od koszykówki. Choć o samej grze wiem tyle, co Trump o rządzeniu krajem, doceniam rozbudowaną oprawę widowiska, od sztucznych ogni tryskających z jumbotronu, przez chór wyśpiewujący hymn i nazwiska zawodników, do występów cheerleaderek i koncertów na żywo umilających przerwy.

Sama gra, szczególnie boiskowe popisy LeBrona Jamesa miały w sobie lekkość tańca, intensywność gry bokserskiej i spokój buddyjskiej medytacji, przez co widowisku towarzyszył niemalże kontemplacyjny trans. Jeśli więc macie za sobą stresujący dzień i potrzebujecie zatrzymać galopującą głowę, polecam 48 minut wodzenia wzrokiem za piłką kozłowaną przez najlepszych koszykarzy na świecie.

Nieco inny zestaw emocji czekał na nas w Imperial Theatre, na nagrodzonym Tony Award musicalu „Ain’t too proud” opowiadającym burzliwą historię formacji The Temptations, której hit „My Girl” nuci mi od dnia ślubu mój mąż wywołując każdorazowo lawinę romantycznych uczuć. Ale do rzeczy. Wierzę, że to, co zobaczyliśmy na Broadway’u wypaczyło nas do końca życia, bo każdy element spektaklu: aktorzy, ich kwestie i kostiumy, oświetlenie, a nawet pieprzona złota lampa wisząca nad biurkiem menadżera Tempsów pochodziły z epoki i odzwierciedlały klimat przekroju lat 70. do 2000 tworząc barwną i wiarygodną opowieść.

Zatopiona w spektaklu na zmianę wzruszałam się i powtarzałam „WOW”, bo „Ain’t too proud” to niezwykła historia utalentowanych ciemnoskórych mężczyzn, których w latach 70. słuchały całe Stany, jednocześnie w białej Ameryce, nie dając złamanego grosza za ich życie. Próba wypełnienia „bożego planu” przy jednoczesnej chęci zbudowania rodziny, podnoszenie się po wypadkach kolejnych członków zespołu, ale też nagrywanie i występowanie niemalże bez przerwy przez 30 lat, to imponujący dorobek The Temptations z klasą pokazany na broadway’owych deskach.

Nowy Jork będę polecać każdemu, kto chce zobaczyć, jak na światowym poziomie realizuje się wizje i marzenia, a Wielkie Jabłko zapamiętam tym razem jako miasto, w którym poczułam się kimś zupełnie innym, jednocześnie czując się sobą jak nigdy wcześniej.

Moje miejsca w Nowym Jorku.

1. Jedzenie:

LOS TACOS No. 1
Taim
Le Botaniste
Hu Kitchen
Brodo
Modern Bread and Bagel
Prince Street Pizza
Kat’z Delikatessen

2. Muzea:

International Center of Photography
The Noguchi Museum
David Zwirner
Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku
Fotografiska w Nowym Jorku
The Metropolitan Museum of Art
The Frick Collection
The Museum of Modern Art
The American Museum of Natural History

3. Rozrywka:

Broadway
Madison Square Garden
Comedy Cellar

4. Parki:

Central Park
Bryant Park
The High Line Park

5. Hotele:

The Marlton Hotel

6. Zakupy:

Glossier
Tibi
Outdoor Voices
Everlane
The RealReal
Strand Book Store
Buffalo Exchange
Kinokuniya New York
Clean Market
The Webster
Chelsea Market

7. Budyneczki:

Flat Iron
Rockefeller Center

Planując wycieczkę do Nowego Jorku czytałam:

„Nowy Jork. Od Mannahaty do Ground Zero”, Magdalena Rittenhouse
„Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island”, Karolina Sulej
Atlas Obscura
Adamant Wanderer
Travelicious

Moja strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Możesz zaakceptować pliki cookies albo możesz je wyłączyć w swojej przeglądarce. Dalsze korzystanie z mojej strony internetowej bez zmiany odpowiednich ustawień w Twojej przeglądarce oznacza zgodę na przetwarzanie danych. W przypadku akceptacji plików cookies, staję się administratorem Twoich danych osobowych. Informacje o Twoich prawach, moich danych kontaktowych, podstawie prawnej przetwarzania, odbiorcach Twoich danych, okresie przechowywania oraz dobrowolności podania danych i konsekwencjach ich niepodania znajdują się tutaj.