Olka
Kaźmierczak
18/09/19

Ekscytacje: Living Yolates

Klasyczna sesja Living Yolates przebiega tak: najpierw jest medytacja i kilka ćwiczeń oddechowych. Następnie energiczna rozgrzewka, podczas której ciało zaczyna płynąć. Później punkt kulminacyjny: intuicyjny, nieskrępowany taniec, a po nim kilka orzeźwiających asan. Na koniec rozciąganie i długi relaks. I możesz iść zmieniać świat.

W sesji Living Yolates wzięłam udział przez przypadek. Pod koniec sierpnia wybrałam się na wyjazd jogowy do Maroko i, jak to ja, nie doczytałam programu. Już na miejscu dowiedziałam się, że organizatorki, Nicole Schurz z About that flow i Anna Hacker z All good yoga studio podzieliły się porannymi zajęciami i sesje jogi (specjalność Anny) przeplotły sesjami Living Yolates (konik Nicole).

Na pierwszą sesję Living Yolates poszłam więc „na pałę”. Nie wiedziałam, że Living Yolates pochodzi z Kopenhagi. Nie wiedziałam, że to kompilacja jogi, tańca, pilatesu, medytacji i medycyny chińskiej. Nie wiedziałam też, że Living Yolates ma na celu rozwijać spontaniczność i bawić nasze wewnętrzne, spragnione wolności i radości dziecko. Teraz już wiem, dlaczego tak bardzo mi się spodobało!

Po pierwsze, klasyczne, jogowe pozycje są tu punktem wyjścia, a nie celem. Oznacza to, że Yolates pozwala odblokować ręce i nogi i wyprowadzić na spacer psa z głową w dół. Dzięki takiemu podejściu pozycja zaczyna żyć, sprawiać radość, piesek merda ogonkiem i wygina się jak prawdziwy rasowiec.

Dalej, momenty, w których grupa płynie w jednym kierunku przeplecione są chwilami kompletnej dzikości, kiedy możemy dać się ponieść ciału. Zaletą zajęć prowadzonych przez Nicole i wsparciem w odpuszczeniu kontroli była mistrzowsko dobrana muzyka. Przed spotkaniem poproszono nas, abyśmy przesłali prowadzącej swój ulubiony kawałek, dzięki czemu podczas sesji można było usłyszeć bliskie sercu nutki.

Wyzwoleniu się od strachu przed tym, co pomyślą o nas inni pomagały też zamknięte podczas sesji oczy. Dzięki nim mogłam wczuć się w muzykę, a nawet temperaturę i ruch powietrza, a przede wszystkim być ze sobą i swoimi małpimi ruchami sam na sam.

Trzy godziny tańczenia i gapienia się na spód własnych powiek i przypomniałam sobie, jak bardzo lubię hasać, a jak męczy mnie wykonywanie jogowych pozycji w jedyny i poprawny sposób. Oraz jak bardzo się zmieniam, kiedy wiem, że ktoś na mnie patrzy. Staram się być poprawna, kiedy moje ciało chce pójść w dziki wir. A po co, skoro ono składa się w 70% z wody, a ta czuje się żywa tylko w ciągłym ruchu? Można powiedzieć, że rezygnacja z hasania jest działaniem wbrew ludzkiej naturze.

Kolejny plus, Living Yolates to praktyka stawiająca na rozwój duchowy i fizyczny. Częścią sesji jest medytacja i praca z wyobraźnią, a raczej próba rozbujania jej we wszystkie strony świata. Na takie bujanie mój organizm reaguje wyśmienicie, co udowodnił mi podczas sesji oddychania psychodelicznego (ale to historia na inny wpis). Za sprawą przewodnictwa Nicole i opowiadanych przez nią mikrohistorii przyszły do mnie obrazy, dzięki którym o mało co nie zatytułowałam tego wpisu „Living Yolates, czyli o rzeczach, które zmieniają życie!!!”.

Pierwszy obraz był reakcją na otwarcie się na nowy ruch i odpowiedzią na słowa prowadzącej: „Let yourself go, whatever that means to you”. Pląsając zaczęłam się zastanawiać, co dla mnie znaczy danie sobie spokoju. Po krótkiej chwili doszłam do wniosku, że dać sobie spokój to nie próbować kontrolować rzeczy, na które nie mam wpływu. Poddać się ruchowi życia, jak na surfingu ruchowi wody, która niesie cię, gdy jej ulegasz i mieli jak pralka, gdy za mocno się napinasz.

I kiedy odpuściłam, ta myśl znalazła odbicie w ruchu – płynnym, miękkim, falującym. Unosiłam się i opadałam, a moje ramiona stały się lekkie, jakbym zrzuciła z nich stukilowy głaz. Pozbywaniu się niepotrzebnego balastu towarzyszyła sekwencja ruchów przypominająca zbieraniu z ziemi czegoś, co nam nie służy i wyrzucaniu tej kupy emocjonalnych gratów za prawe i lewe ramię. Zasapałam się przy tym niemiłosiernie, bo ciało samo przyspieszyło, więc wyszło mi z tego całkiem energiczne cardio, ale po kilku minutach poczułam coś miłego – poczułam się sobą. Gdy prowadząca poprosiła, abyśmy zatrzymali się i zobaczyli, co się w nas w tym czasie upichciło, dotknęłam klatki piersiowej i poczułam miłość. Pomyślałam: kocham Cię. Odpuszczam Ci. Bądź kim chcesz.

Po mocnym wstępie i pierwszej sesji, na kolejną czekałam jak na Boże Narodzenie. Tym razem prowadząca zbudowała narrację wokół zapraszania do siebie emocji i witaniu z uśmiechem wstydu i strachu. Jako, że wstyd i strach to moi najwięksi wrogowie, wyobraziłam ich sobie jako White Walkersów wdrapujących się po ścianach Winterfell. Choć zbudowałam je wysokie i niedostępne, a na całość rzuciłam magiczne zaklęcia, umarlaki nadal czekają pod drzwiami i prędzej czy później dobiorą mi się do tyłka.

I teraz pomyśl: co czujesz, kiedy wiesz, że za drzwiami stoi twój największy wróg? Trzęsiesz się jak osika, a twój strach napędza negatywne emocje. Kiedy Nicole poleciła, abyśmy wpuścili je do siebie, wyobraziłam sobie, że otwieram drzwi Winterfell, jak Sansa, od góry do dołu w gronostajach, i zapraszam wstyd i strach na herbatkę. Wyobraziłam sobie nawet ich twarze, a następnie z uśmiechem usadziłam na kanapie i zapytałam: „no dobrze, to o czym chciałyście porozmawiać?” (strach i wstyd miały facjaty istniejących mean girls). Kiedy okazało się, że o niczym ciekawym, poczułam ogromną ulgę i wyzwolenie. Czyli znowu te odpuszczanie i zmienianie stanu skupienia. Bycie jak woda, która jest w stanie udźwignąć statek, ale i przelać się między palcami.

Ostatnią sesję Living Yolates poświęciłam poddaniu rytmowi muzyki i zobaczeniu, gdzie mnie poniesie. Przy dźwiękach „I’ll come too” Jamesa Blake’a wypłynęłam na głęboką wodę. W atramentowych głębinach oceanu znalazłam ławicę koralowych ośmiornic* i zaczęłam unosić się i opadać razem z nią. Przy którymś opadaniu wzięłam głęboki oddech i poczułam, jakby to był mój pierwszy oddech na ziemi. Jakbym wyssała go ze świeżej okrzemki*. Poczułam pierwotną radość i moc życia, bezpieczeństwo i swobodę, było to coś niesamowicie zwierzęcego i naturalnego*.

Sesje Living Yolates z Nicole, ale i tydzień spędzony na wyjeździe jogowym w Maroko przypomniały mi, że moja głowa zatrzymuje się, gdy wprawiam w ruch ciało. Oraz że wszystko, czego potrzebuję, by czuć się ze sobą dobrze, mam w sobie. Wystarczy włączyć muzykę, zamknąć oczy i zacząć pląsać*.

* Ostatnio przeczytałam przepiękną książkę, która skutecznie zareklamowała mi te niezwykłe stworzenia. Polecam Wam lekturę, książka to „Inne umysły”.

* Okrzemki wytwarzają prawie 25% tlenu na Ziemi, o czym dowiedziałam się ostatnio z filmu dokumentalnego „Przedziwna Planeta Ziemia” na Netflixie.

* Dodam tylko, że żadnej z sesji Living Yolates nie towarzyszyły narkotyki lub alkohol. Jedynym dragiem, jaki braliśmy, był oddech :) Aby zrozumieć, o czym mówię, przeczytajcie sobie ten tekst.

* Pierwsze, co zrobiłam po powrocie, to research dostępności Living Yolates w Polsce. Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w Gdańsku natrafiłam na zajęcia Yoga Dance Flow prowadzone przez Annę Haracz. Jestem po drugim spotkaniu i bardzo mi się podoba. Myślę, że śmiało można też ćwiczyć Living Yolates w domu. Tu znajdziecie playlistę z wideo stworzonymi przez twórczynię Living Yolates, Mikkalę Marilyn Kissi.

Moja strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Możesz zaakceptować pliki cookies albo możesz je wyłączyć w swojej przeglądarce. Dalsze korzystanie z mojej strony internetowej bez zmiany odpowiednich ustawień w Twojej przeglądarce oznacza zgodę na przetwarzanie danych. W przypadku akceptacji plików cookies, staję się administratorem Twoich danych osobowych. Informacje o Twoich prawach, moich danych kontaktowych, podstawie prawnej przetwarzania, odbiorcach Twoich danych, okresie przechowywania oraz dobrowolności podania danych i konsekwencjach ich niepodania znajdują się tutaj.