Olka
Kaźmierczak
10/09/15

Odwróćmy pytanie o to, ile zarabiają blogerzy

Świat chyli czoła przed Chiarą Ferragni, która w tym roku wraz ze swoim 16-osobowym zespołem zarobi na blogu The Blonde Salad 8 milionów dolarów. Ferragni zaproszono na Harvard i zrobiono z niej case study – jej sukces był przedmiotem analizy ekonomistów z całego globu. W Polsce, jeśli już zagląda się do portfela blogera, to tylko po to by udowodnić mu, że dostaje za dużo. Jak bardzo się mylimy, o tym świadczą badania i opinie marek, dla których bloger jest jednym z bardziej wartościowych producentów treści.

Na początek prosta kalkulacja. Stawka za wpis Macademian Girl to 12 tysięcy złotych przy ponad 200 tysiącach wizyt miesięcznie. Za taką kwotę kupimy 1/4 strony w „Glamour” i to tylko w przypadku, kiedy spec od reklamy z nożem na gardle udzieli nam 60 proc. zniżki. Dwanaście tysięcy możemy zainwestować też w dwa artykuły na Elle.pl (po 6 tys. złotych każdy) lub za dopłatą 10 tys. 1/4 lewej strony w magazynie drukowanym. Jeśli zależy nam na pełnej ekspozycji w powyższych magazynach, czyli obstawieniu otwierającej rozkładówki, musimy wyciągnąć z kieszeni około 130 tys. złotych.

Tych, którzy nie znają stawek za reklamę i żyją w przeświadczeniu, że logo marki bierze się w druku znikąd, a PR to załatwianie darmowych publikacji, cennik Macademian Girl czy innych polskich blogerów może przyprawić o migotanie przedsionków. Tylko, że po pierwsze, bloger to dużo bardziej wiarygodny producent treści niż jakikolwiek magazyn czy portal online, po drugie blogerki często mają na utrzymaniu profesjonalne ekipy współtworzące ich serwisy. Począwszy od fotografa, fotoedytora, redaktora, korektora, przez producenta filmów, na PR-owcu skończywszy. Jeśli doliczyć do tego podatek, obsługę księgowej i inne, przy kilku publikacjach tygodniowo koszty utrzymania bloga mogą wynieść kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych. A i tak dla komercyjnej marki 12 tysięcy złotych za wpis docierający do wyselekcjonowanej grupy docelowej to są zaskórniaki wyjęte z tylnej kieszeni spodni.

Paweł Lipiec, Influencer Relations Lead w VML Poland komentując stawki blogerów podkreśla, że dla jednego klienta 50 000 złotych to będzie olbrzymia kwota, a inny kupi w tej cenie kilka produkcji video. „Trzeba pamiętać co kupujemy – to nie jest tylko produkcja filmu czy artykułu. To również jego promocja, uwiarygodnienie przekazu wizerunkiem twórcy etc.” – dodaje Lipiec. A bloger może i nie ma zasięgów na miarę serwisu wp.pl, ale ma wpływ. W raporcie Blog Power czytamy, że ¼ internautów traktuje blogi i vlogi jako pełnoprawne i zaufane źródło informacji zakupowej. Wymieniają nawet po kilkanaście marek, do których zakupu zachęcił lub zniechęcił ich b(v)loger. Podobnie dzieje się z akcjami społecznymi przedstawianymi na b(v)logach. Co więcej, dla stałych odbiorców blogów i vlogów blogi i vlogi są pierwszym źródłem informacji o produktach (wyżej nawet niż opinie rodziny i znajomych), a ponad 30 proc. internautów czytających blogi lub oglądających vlogi wskazało, że pod wpływem informacji zamieszczonych na blogu/ vlogu kupiło konkretny produkt.

Choć w Polsce nie istnieją badania na temat wysokości zwrotu z inwestycji w blogera, amerykańskie źródła podają ROI na poziomie od 64 proc. do 1133 proc.. Czyli inwestycja jednego dolara przynosiła zyski w zależności od branży od $0.64 do nawet $11.33. I w naszym kraju marki mocno dbają o to, by każda złotówka z inwestycji zwracała się, najlepiej wielokrotnie. Dzięki temu, że blogi z założenia nie są wysokozasięgowe, patrzy się na nie głównie przez pryzmat autorskich konceptów. Paweł Lipiec z VML Poland zaznacza, że bloger czy youtuber jest dla VML twórcą, czyli osobą, która stworzy dopasowany content oraz uwiarygodni komunikat. „Mówiąc wprost: udział w blogerów w kampaniach pomaga nam realizować rozmaite cele, ale jednym z nich na pewno nie jest zasięg” – dodaje.

Ewa, w sieci znana jako Harel, na własnej skórze testuje moc wizerunku blogera. Zapytana o sytuacje, w których dzięki niej marki pozyskiwały klientów ze szczerością wyznaje, że zdarzają się one cały czas. „Blog istnieje już tyle lat, że czytelnicy ufają moim wyborom. Bywa, że pokażę u siebie jedną rzecz, np. na Instagramie, i ona zaczyna się sprzedawać, chociaż wcześniej nie wzbudzała większego zainteresowania”. Same marki przyznają, że blog Harel pomógł im w wypłynięciu na szerokie wody. Julia Skórzyńska, współzałożycielka polskiej marki Kaaskas na jednej z konferencji przyznała, że dzięki wpisowi Harel Kaaskas zostało zauważone przez właścicielkę jednego z prestiżowych butików i zaproszone do współpracy.

Podobne doświadczenie w działaniu z markami modowymi ma Joanna Glogaza, autorka bloga StyleDigger i Empikowego bestselleru „Slow Fashion. Modowa rewolucja”. Glogaza, oprócz polecania marek, które najzwyczajniej lubi, zamieszcza też na blogu treści sponsorowane. „Marki płacą za pojawienie się w tekście czy obecność na zdjęciach. Wielokrotnie kliencie wracali, bardzo zadowoleni z efektów” – przyznaje Glogaza. Popularnym sposobem współpracy blogera z marką jest też marketing afiliacyjny, czyli polecanie produktów i pobieranie przez blogera procentu od sprzedaży. „Świetnie to u mnie działa, bo polecam rzeczy zgodne z linią programową mojego bloga, wynajduję dla czytelniczek ubrania o porządnym składzie, w przyzwoitych cenach i to się bardzo dobrze sprawdza. W ciągu kilku miesięcy mój blog wygenerował partnerom, z których programów korzystam przy afiliacji, sprzedaż w wysokości kilkuset tysięcy złotych”.

Choć polska blogosfera radzi sobie nieźle, a grono jej zadowolonych klientów z roku na rok powiększa się, to i tak najwięcej na temat współpracy na linii bloger-marka mają do powiedzenia postronni komentatorzy. Swego czasu głośno było o wpisie na stronie PolacyRodacy, gdzie listowano stawki najpopularniejszych blogerek modowych. Wpis przekopiowało kilkanaście różnych serwisów i urządzono publiczny lincz „nieuczciwych cwaniar”. Nikt nie poszedł tropem Harvardu i nie wpadł na pomysł, by od blogerek uczyć się podejścia do biznesu. W pustych komentarzach na Pudlu wybrzmiewała jedynie słynna nuta narodowego bólu tylnej części ciała.

Zdjęcie tytułowe The Style Stalker

Moja strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Możesz zaakceptować pliki cookies albo możesz je wyłączyć w swojej przeglądarce. Dalsze korzystanie z mojej strony internetowej bez zmiany odpowiednich ustawień w Twojej przeglądarce oznacza zgodę na przetwarzanie danych. W przypadku akceptacji plików cookies, staję się administratorem Twoich danych osobowych. Informacje o Twoich prawach, moich danych kontaktowych, podstawie prawnej przetwarzania, odbiorcach Twoich danych, okresie przechowywania oraz dobrowolności podania danych i konsekwencjach ich niepodania znajdują się tutaj.