Olka
Kaźmierczak
25/09/14

Q&A Edgar Bąk: Polacy mają fatalny gust

Żyjemy w czasach hegemonii kultury wizualnej. Co to dla Ciebie oznacza?

Pierwsza myśl jest taka, że obraz szybciej do nas trafia. Jednocześnie łatwo można go wyprodukować – zrobić zdjęcie smartfonem, a następnie umieścić je w Internecie. To sprawia, że, chcąc nie chcąc, cały czas musimy coś oglądać, a co za tym idzie, sądzić, wyrabiać sobie zdanie. Wizualny terror dotyka nas nie tylko wtedy, gdy chcemy obejrzeć teledysk na YouTube i musimy przebrnąć przez reklamy, ale również, gdy chodzimy po mieście pełnym wielkoformatowych reklam.

Jako grafik konkurujesz z tym terrorem?

Na pewno muszę się do niego odnosić. Pracuję w kontekście otaczającej mnie rzeczywistości, w związku z czym projektowanie graficzne jest wypadkową tego, jak wygląda ulica, jak chciałbym, żeby wyglądała i jak wyglądała wcześniej. Na początku kariery ważne było dla mnie, aby stanąć „obok” projektowania graficznego w przestrzeni publicznej i robić rzeczy tak bardzo wyczyszczone ze zbędnego przekazu, by na tle „ulicznego” chaosu na powrót móc nimi skutecznie komunikować. Wyszedłem z założenia, że w natłoku informacji, reklamy, plakaty i inne nie działają w sposób pozytywny i nie realizują swojego celu. Obecnie z resztą spotyka się rejony dużych miast, w których to właśnie uproszczony język jest dominującym kanonem projektowania. Sytuacja uległa odwróceniu, wykształcił się „styl NGOsów” - nie ma mowy o odróżnianiu się, ale to chyba jest zjawisko pozytywne. Wydaje mi się, że mamy do czynienia ze stanem zero: chcesz coś zaprojektować, to to po prostu napisz - w zupełności wystarczy. Literatura to literatura, grafika to grafika, bez mieszania energii. Tak jak wyobrażam sobie mainstream komunikatu na ulicy.

A jak ta ulica się zmieniała na przestrzeni, powiedzmy, ostatnich 10 lat?

Ostatnie 10 lat przyniosło niewielkie zmiany. Wszystkie dotyczące mnie zjawiska już wtedy się działy. Za to przemianie uległa wizualna świadomość ludzi. Nastąpiło otwarcie na estetykę minionych dekad. Na przykład język wizualny marki Pan Tu Nie Stał – teraz znajduje się on w odpowiednim kontekście. Od 1989 roku minęło odpowiednio dużo czasu, byśmy mogli sobie ten język przetrawić i by mógł on dla nas znaczyć coś zgoła innego. Weźmy tę przestrzeń (znajdujemy się w postindustrialnym biurze Edgara na rogu Żelaznej i Ogrodowej w Warszawie), nasi rodzice modlili się, abyśmy nie żyli w czasach zmuszających nas do siedzenia w takiej ruderze. A dla nas jest ona w pewien sposób atrakcyjna. Sądzę, że największej zmianie uległa żonglerka kontekstem, tym, co jest obciachowe, a co modne.

Co motywuje Cię do działania?

Moje motywacje w pracy, zmieniły się od czasów, gdy skończyłem studia i zacząłem pracować pod własną marką. Początkowo miałem silną potrzebę uporządkowania świata, modernistycznego wyczyszczenia przestrzeni i doprowadzenia do jasnych sytuacji. Jednocześnie chciałem jednak te sytuacje komplikować, przyprawiać emocjami. Teraz więcej myślę o ludziach, z którymi pracuję, patrzę na mój zespół jak na organizm. Chciałbym, żeby oddychał i dobrze funkcjonował. Jestem zadowolony, gdy robimy rzeczy adekwatne i skrojone na miarę. Chęć przekraczania granic została na chwilę uśpiona.

Jak, w kontekście powyższego, powstawała identyfikacja wizualna magazynu „Monitor”, którego dyrektorem artystycznym jesteś?

Podczas projektowania „Monitora” posługujemy się (Edgar współpracuje z Bożydarem Kaniewskim i Malwiną Borowiec – przyp. red.) pewnego rodzaju kanonem logicznego projektowania, nawiązującego trochę do tradycji typograficznych jeszcze sprzed obu wojen światowych. W „Monitorze” zależy nam na robieniu layoutu powtarzalnego, opartego na siatce modułowej. Mamy nadzieję, że skoro ten typ projektowania treści nie zestarzał się przez ostatnie kilkadziesiąt lat (jest on inspirowany szwajcarskim layoutem typograficznym lat 60.), to nie zestarzeje się również w ciągu kilkunastu następnych. W tym projekcie mniej zależało na pokazaniu naszej fantazji, a bardziej na nawiązaniu do pewnego kanonu, powiedzeniu, że jest to dla nas modelowa prezentacja treści i cieszy nas jej powszechność. Chcieliśmy podkreślić, że paradoksalnie, w natłoku indywidualizmu i kreatywności, nie każdy musi być wyjątkowy i że istnieje komfort z poczucia bycia podobnym. „Monitor” mówi: nie musimy się ścigać.

Opowiedz, jak z perspektywy klienta wygląda proces projektowania graficznego?

Praca rozpoczyna się od rozmowy z klientem: ten bardziej świadomy wie, kim jest i co chciałby osiągnąć, kim są ludzie-odbiorcy przekazu i w jakim kontekście ten przekaz będzie funkcjonował. Z kolei mniej wyedukowanego klienta ciągniemy za język, wspólnie tworząc brief. Jest to najważniejszy moment, ponieważ to właśnie wtedy pojawiają się problemy projektowe. Okazuje się na przykład, że projekt jest efemeryczny i będzie żył tylko trzy dni, lub, że grupa docelowa jest bardzo zróżnicowana. Jest to także najfajniejszy moment, ponieważ na tym etapie design może rozwiązywać konkretne zagadnienia. Kolejnym stadium jest praca kreatywna. Osobiście używam wtedy ołówka i niezliczonej ilości papieru. Rysuję wszystkie pomysły, jakie przychodzą mi do głowy, takie „wyśmiecanie się” to technika, której uczył nas na ASP profesor Leszek Hołdanowicz. Późniejsza weryfikacja własnych rysunków zawsze pokazuje, że pomysł już gdzieś tam jest i to z niego powstaje jedna, dwie propozycje dla klienta – kiedyś, gdy nie czułem się jeszcze pewnie w swoim zawodzie, tych propozycji powstawało dużo więcej. Dziś wiem, że takie rozpraszanie energii jest zupełnie niepotrzebne.

W wywiadach często podkreślasz, że najważniejsze dla Ciebie jest to, czego potrzebuje klient. Czy podczas projektowania tożsamości wizualnej danej marki, zatracasz swoją tożsamość artysty?

Mamy dużo szczęścia, ponieważ do tej pory nie musieliśmy robić rzeczy niezgodnych z naszą estetyką lub widzeniem świata. Zostaliśmy wychowani pod kloszem (śmiech). Niemniej jednak wydaje mi się, że grafik nie może być całkowicie transparentny. Racje klienta są ekstremalnie ważne, ale istotne jest również, co my możemy wnieść do danego projektu.

Wykładasz na poznańskiej School of Form. Czego uczysz studentów kierunku Communication Design?

Z każdą grupą realizuję różny program, ale generalnie moim celem jest to, by studenci po ukończeniu kursu umieli dostrzegać, jak kształty przekładają się na emocje. W pracy grafika ważne jest rzemiosło, znajomość historii tego zawodu, trzymanie ręki na pulsie technologii… A jednocześnie, najzwyczajniej w świecie, trzeba czuć kompozycję. Prowadzone przeze mnie zajęcia uczą kompozycji i myślenia o systemie składającym się z kilku elementów – przekładając to na świat mody, jest to myślenie o kolekcji i poszczególnych jej modelach. Nasz program nauczania – obecnie prowadzę zajęcia z Agatą Szydłowską – można podzielić na trzy etapy. W pierwszym poznajemy czarno-białą formę mającą pewien charakter i będącą systemem; w drugim opowiadamy o tym, jak kształt wynika z tradycji. Ostatni etap poświęcony jest własnej interpretacji. Przy czym najważniejsze jest wczucie się w odbiorcę i uświadomienie sobie, co ma poczuć oglądając nasze projekty. Jak opisałbyś swoje związki z modą? Współpracowałem z marką Delikatessen. Przygotowałem kilka wzorów na t-shirty, koszule i bluzy. To było bardzo fajne doświadczenie, ponieważ Andrzej, współzałożyciel marki, zgodził się wydrukować te wzory właściwie wszędzie, ze wszystkich stron danego kroju. Miałem pomysł, by odwołać się do kostno-tkankowej struktury ciała ludzkiego i na podstawie budowy fizycznej człowieka stworzyć geometryczną jego reprezentację. Powstał wzór przypominający zbroję.

Czy polskie marki wywołują w Tobie jakiekolwiek emocje?

Podobają mi się projekty Ani Kuczyńskiej. Mamy podobną filozofię uniwersalnej prostoty. Jakkolwiek jej kolekcje są ciekawe, to jednocześnie nie są nowatorskie w popularnym tego słowa znaczeniu – nie zostały wydrukowane w drukarce 3D i nie mienią się ledowymi światłami. Nie wyjdą z mody po tygodniu. Są wykonane z dobrych materiałów i przeciwstawiają się tendencjom kapitalistycznym nakazującym wszystko szybko zjeść i wypluć.

A co sądzisz o komunikacji wizualnej marki Adrian? Ja ostatnio bardzo przeżywam kreację reklamową z Iloną „Uzależnioną, ale nie gorszą” Felicjańską.

Nie mam w stosunku do niej żadnych oczekiwań. Nie mam estetycznego problemu z reklamami marki Adrian, ponieważ uważam, że reklamy generalnie odzwierciedlają uśredniony gust. Odnośnie samej koncepcji wpuszczania do świata reklamy osób odbiegających wyglądem od gładkich i pięknych modeli, jest to pomysł fajny. Jeżeli kogoś obrzydza blizna kobiety po mastektomii, to wydaje mi się, że problem tkwi w jego oku. Ja mam problem z estetycznym aspektem tej kreacji. Z tym, co komunikuje ten obraz. Obawiam się, że tak wygląda reklama w Polsce.

Myślisz, że Polacy mają kiepski gust?

Myślę, że mają fatalny gust, ale nie wiem, czy ma to duże znaczenie. Z drugiej strony, design zawsze ma ten problem, że buduje dystans. Weźmy „Monitor”. Statystyczny Polak po niego nie sięgnie, ponieważ pomyśli, że magazyny dla niego wyglądają inaczej. Przesadna estetyzacja zawsze kogoś wykluczy. O ile „Monitor” może być selektywny, bo nie ma misji bycia dla każdego, to taka reklama marki Adrian ma wpisane w swój genotyp, by się rozprzestrzeniać i mieć najniższy wspólny mianownik z każdym Polakiem.

EDGAR BĄK – absolwent warszawskiej ASP, grafik, projektant komunikacji wizualnej, autor plakatów, layoutów magazynów, okładek. Wykładowca School of Form, dyrektor artystyczny magazynu „Monitor”. Wielokrotnie nagradzany przez Klub Twórców Reklamy. Zagorzały przeciwnik Google Glasses i fan AdBlocka.

Moja strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Możesz zaakceptować pliki cookies albo możesz je wyłączyć w swojej przeglądarce. Dalsze korzystanie z mojej strony internetowej bez zmiany odpowiednich ustawień w Twojej przeglądarce oznacza zgodę na przetwarzanie danych. W przypadku akceptacji plików cookies, staję się administratorem Twoich danych osobowych. Informacje o Twoich prawach, moich danych kontaktowych, podstawie prawnej przetwarzania, odbiorcach Twoich danych, okresie przechowywania oraz dobrowolności podania danych i konsekwencjach ich niepodania znajdują się tutaj.